środa, 18 października 2017

LS-MS method validation course

Nowa edycja kursu on-line z University of Tartu

https://sisu.ut.ee/lcms_method_validation/course-introduction

ZA DARMO.

Polecam.

Rejestracja tu.

Practice-oriented on-line course on validation of analytical methods, specifically using LC-MS as technique.
The course covered the following topics:
- The concept, workflow and scope of validation;
- Selectivity and identity confirmation, both via LC and via MS;
- Linearity of signal, linear range, sensitivity and their relation to calibration;
- Precision, trueness, accuracy, analyte stability and their interrelations;
- Limit of detection and limit of quantitation;
- Ruggedness and robustness.



środa, 4 października 2017

Faza na marki samochodów (Montessori)

U nas teraz faza (faza wrażliwa, jakby to w duchu Montessori powiedzieć) na marki samochodów. Zabawa zawsze na zewnątrz, ale i w domu. Ile ja się przy tym nauczyłam ;)


Obrazki z google.


 A i jeszcze taki Ford :)


poniedziałek, 11 września 2017

Jak przetrwać z dwójką dzieci?

Pamiętacie taki filmik:


Do tej pory mnie śmieszy ;) Ale coś w nim prawdy jest ;)

To teraz kilka moich rad jak przetrwać z dwójką chłopaków (w tej chwili starszy ma prawie 3 lata, a młodszy prawie 8 miesięcy).

Wychodzę z domu. Wychodzę gdzie tylko mogę. Robimy sobie wycieczki, jak ta ostatnia do Reddish, korzystam z przeróżnych grup i zajęć - darmowych i płatnych, chodzę z nimi na kawę. Tak. Bo nie mam z kim. Większość znajomych pracuje, a Ci co mają dzieci to wiadomo - różnie z czasem, czasami da się z kimś dogadać, mamy fajną grupę mam parkowych na whatsappie, umawiamy się, ale to bardziej działało w tzw. wakacje, bo teraz część ich dzieci ma szkołę i jakieś tam zajęcia, więc czas też bardziej rozbity. W każdym razie tak, chodzę z moimi dziećmi na kawę. Bo nadszedł już taki czas że się da. Trzeba odnaleźć ten czas. Starszak też już spoko lubi jeździć autobusem, pociągiem (kiedyś to była udręka), a młodszy jeszcze tą podróż zwykle przesypia. Starszy też uwielbia teraz książeczki z naklejkami, więc mam go czym zająć w kawiarni czy przeciągającej się podróży (tak, teraz ZAWSZE mam książeczkę z naklejkami w torebce, robię sobie zapasy w B&M czy funtowym sklepie, raz tylko poszalałam z WHS; niedawno też fajne po funcie się w Lidlu trafiły).

Grupy - już mam taki grafik opanowany. Poniedziałek - galeria sztuki Whitworth Art Gallery - są zajęcia dla maluszków i dla starszych, zahaczamy o jedne i drugie. Tzw. drop in, więc nie trzeba się spieszyć na czas, od 11 do 15 można wpaść kiedy się komu podoba. Dzisiaj było o materiałach, tekstyliach, zabawy wstążeczkami, włóczkami, przeplatanie, wiązanie, itd. Fajnie spędziliśmy czas.



Wtorek - zajęcia sportowe w szkole St. Clements, nazywają się Superstars. Starszaki biegają z wuefistą, młodsze pełzające mają zabawki na kocyku. Na koniec piosenki i pomarańcze, banany.

Środa - Sure Start Playgroup - Stay&Play. Zabawki, podwórko z placem zabaw, zabawy w pianie, piasku, na koniec jak powyżej.

Czwartek - zajęcia w takiej siłowni gimnastycznej, te płatne, £5 za 45min zajęć + potem ciastko i rozwodniony sok w cenie, ma opiekunka mi wozić starszego na te zajęcia raz co 2 tyg., ja będę pewnie w tym czasie ogarniać zakupy/dom z młodszym.

Piątek - do tej pory były muzyczne u protestantów, no a teraz moje ukochane waldorfskie.

Basen w weekend, bo z tatą. Sama bym ich nie ogarnęła na basenie.

Do tego od czasu do czasu sala zabaw w Ashton (mówimy na to "Zamki", bo tam dużo zamków dmuchanych do skakania) lub jakieś inne lokalne atrakcje.

Park szczęśliwie mamy minutę od domu, więc jak jest pogoda (czytaj: nie leje jak wiadrem) to przynajmniej 2 razy dziennie, żeby się starszy wyhasał. No i wycieczki do innych parków, zaczęłam je zaznaczać na mapach.

Tak sobie zapełniam czas. Gotowanie proste, dużo pieczenia w piekarniku (bo mogę zostawić i wyjść do parku na chwilę), wolnowar dalej się sprawdza i o dziwo mimo że jestem tu bez rodziny, a męża nie ma w domu 10h/dziennie pon-piątek to zawsze jakoś mi się udaje z obiadem.

Doktorat za to póki co leży odłogiem. Udało mi się ogarnąć parę rzeczy w tamtym tygodniu, bo miałam opiekunkę dwa dni w tyg. po 2h. No ale w październiku zrobię 10 keep-in-touch days w pracy, a w listopadzie już wracam, na początek pomoże rodzina, a opiekunka lub au pair od stycznia.

Dużo świeżego powietrza - to najważniejsze dla 2-3 latka, żeby dało się przetrwać. Kiszenie dzieci w domu niewskazane. Idę, bo mały już się obudził i płacze, macierzyństwo wzywa! :*

Edit: O jeszcze zasnął. Co do tej kawy - w ciąży mi się wcale nie chciało, a wręcz mi obrzydła, chęć przyszła nie wiem, może koło 4 miesiąca po urodzeniu? Teraz max. 1 dziennie, ale piję. Daje mi to radość, to moja chwila. Czasem zastępuję przez kakao z gorącą wodą i odrobiną mleka (przyzwyczaiłam się do tego smaku, inny, ale nie zapycha jak kakao na mleku i szybciej się robi). Tak, wiem że kofeina i laktoza, czasem robię z mlekiem koko, ale raczej rzadko. Czasem anatol, rzadziej inka (ta bez dziwnych smaków, zobaczcie skład, te udziwnione smakowo są oczywiście też udziwnione składnikowo).

No i jeszcze jedno co do przetrwania z dwójką dzieci - LUDZIE. Już wspominałam że mam świetną grupę mam parkowych, chociaż teraz w roku szkolnym będzie ciężej się spotykać, ale lato było z nimi super. Nawet budowaliśmy szałasy w parku ;)))))




Informujemy się też o różnych atrakcjach gdzie wyjść z dziećmi. Teraz poznałam też fantastycznych ludzi w przedszkolu waldorfskim, gdzie czuję się zrozumiana, nieoceniana i akceptowana. Nasza wspólnota Domowego Kościoła też jest super, ale z Polakami za granicą ciężej się spotkać, wszyscy zapracowani i rozrzuceni po mieście.

Przez pewien czas mieliśmy na wakacje psa znajomych, pomocny przy dzieciach, zajmował mi starszaka i mogłam coś ogarnąć. Na dłuższą metę oczywiście dodatkowy obowiązek, ale nasz dogsitting był super ;) I mobilizował do wychodzenia, i zjadał co spadło małemu blw-jedzącemu. Zniszczył parę zabawek, ale opłacało się ;)


Ostatnia rada to internet. Oby nie za dużo przy dzieciach, ale czytanie o podobnych problemach i ich rozwiązaniach pomaga. Jestem na fb na grupach Montessori (fajne pomysły), self-reg, rodzicielstwo bliskości, home ed (też pomysły).. Telewizora nie mamy. Jest to leniwe rozwiązanie ułatwiające życie - posadzić dzieci przed hipnotyzującym ekranem, ale tego nie chcę, nie w moim stylu i nie dla ich dobra. Youtube czasami, nie za długo i nie na komórce! (żeby potem się na nią nie rzucali), głównie babyeinstein oraz trains compilation czy airplanes compilation. Tak w duchu Montessori starszak lubi oglądać PRAWDZIWE pociągi czy samoloty i takie mu pokazuję, nie jakieś tam uśmiechnięte śpiewające. Z komputera też muzyka - Arka Noego (najbardziej Petarda) i inne, polskie, ale nie głupawe! Lubimy np. to: https://www.youtube.com/watch?v=Gy-pl1HgSuw Komputer dla dzieci staram się maksymalnie 20min., chyba że muzyka z wyłączonym ekranem.

sobota, 9 września 2017

Szkoła waldorfska

Jestem zakochana!!! Kocham edukację waldorfską.
Zaczeliśmy chodzić na playgrupę do waldorfskiego przedszkola z dwoma chłopakami. Atmosfera jaka tam panuje, ludzie, którzy przychodzą, ich podejście do dzieci i charakter tych zajęć - to dla mnie oaza spokoju, mój baobab, jakby to miejsce nazwał Shanker (Self-reg).

Beautiful Beginnings Steiner Waldorf playgroup

Zdjęcie z facebooka przedszkola: https://www.facebook.com/manchestersteinerschoolproject/
Jest tam tak spokojnie, tak cudnie! Wszelkie zmiany kolejnych części spotkania są sygnalizowane śpiewaniem (a te piosenki są takie spokojne i ciepłe). Osoba która prowadzi zajęcia zaczyna śpiewać - o sprzątaniu, myciu rąk, wstawaniu do zabawy. I zaczyna wykonywać czynność. Inni się włączają. Nikt nie namawia, a dzieci same naśladują. Rodzice cały czas są zaangażowani w zajęcia, robią to, co dzieci, no a dzieci robią to, co rodzice. I tak powinno być! To takie naturalne. Razem przygotowywaliśmy przekąski, kroiliśmy, nie było podziału na czynności tylko dla rodziców i tylko dla dzieci. Czułam się tam rewelacyjnie. Po zajęciach poszliśmy jeszcze na plac zabaw. Wreszcie poznałam ludzi którzy wiedzą co to rodzicielstwo bliskości, którzy wychowują bez kar i nagród, nie krzyczą za dzieckiem "be careful!" i są tak niesamowicie ciepli, jednocześnie są oazami spokoju ;)

A czym w ogóle wyróżnia się szkoła waldorfska?
- nie ma podręczników. Nauczyciel dostosowuje program do grupy.
- nie ma ocen.
- od podstawówki nauczanie blokowe (tzw. edukacja zintegrowana)- czyli jakiś czas matematyka, potem zmiana na historię, potem coś innego. Zamiast 45-minutowych lekcji.

Zobaczcie zdjęcie. W przedszkolu zero plastiku! Zabawki drewniane, z tkanin, włóczki.. To wszystko stwarza taki piękny klimat, a mój aktywny starszak bawił się tam znakomicie.


Moja lista książek - ciąża, rodzicielstwo

Książki które wpłynęły na mnie najbardziej w ciągu ostatnich trzech lat (czyli od pierwszej ciąży).

Wszystko zaczęło się od...

1. "W głębi kontinuum" Liedloff Jean


Wszystko, czyli co? Moje poszukiwania rodzicielskie. Wybór ścieżki, którą idę. Rodzicielstwo bliskości. Inaczej sobie nie wyobrażam. Rodzicielstwo bliskości jest dla mnie podążaniem za dzieckiem, jego potrzebami, wczuwaniem się, zrozumieniem, szukaniem przyczyn zachowań, a nie osądzaniem czy karaniem. Od kontinuum się zaczęło. Dzięki temu też chustowanie.

2. "Dobrze nosić"


Książka zawiera rysunki-tutoriale z opisem jak zamotać chustę. Pomocna, chociaż szczerze mówiąc obyłoby się bez niej, wystarczą filmiki z youtube.

3. "Położnictwo duchowe" Ina May Gaskin oraz "Poród naturalny"


Ta druga jest kontynuacją pierwszej. Gdybym miała wybrać jedną, skupiłabym się na położnictwie, bo ma dobrze rozwiniętą część "biologiczną". Pierwsza część obu książek to opisy porodów. Pięknych porodów, łagodnych, naturalnych, ciepłych, pełnych zaufania. Bez strachu i lęku. Większość nieszpitalnych, chociaż takie też się zdarzają. Ale nie o to chodzi gdzie, chodzi o to jak. I to pokazują te książki - że można rodzić pięknie. Dzięki nim zdecydowałam się na dwa porody domowe i tak, były piękne, to były dwa najpiękniejsze dni mojego życia, dodające niesamowitej mocy i wiary w siebie. Druga część książek jest jak wspomniałam bardziej biologiczna, omawia kwestie anatomiczne, taki poród od strony technicznej. Dla mnie świetna sprawa, bardzo pomocne wiedzieć było przed co się ma wydarzyć i jak to wygląda.

4. "Narodziny bez przemocy" Frédérick Leboyer


Książka też dwuczęściowa, najpierw pokazuje jak źle kiedyś (w sumie teraz też się zdarza!) noworodki były traktowane. Tak, to książka ukazująca poród od strony dziecka. Nie doczytałam tej "złej" części, żeby się źle nie nastawiać, skupiłam się na dobrej. Pokazuje jak wszystko odbiera dziecko, nigdy przed tą książką nie przyszło mi do głowy żeby zaraz po porodzie mówić ściszonym głosem, albo w ogóle, bo przecież dziecko wszystko słyszy po raz pierwszy i odbiera bodźce bardzo silnie. Przypomina że dziecko nie musi płakać po porodzie. Dlaczego miałoby płakać, jeżeli wszystko odbyło się w miłości, cierpliwości, bez ostrego światła i w zgodzie z naturą?

5. "Self-reg" Stuart Shanker


Niesamowicie pomocna w rodzicielstwie. Otworzyła moje oczy na stresory otaczające dziecko (nas) z każdej strony. Pozwala spojrzeć na konflikty lub "trudne" sytuacje z innej perspektywy, głębiej, dostrzec prawdziwe źródło problemów. Must-have dla rodziców dwulatków!

6. "Twoje kompetentne dziecko" i "Agresja nowe tabu" Jasper Juul


Jeśli masz dzieci - proszę Cię, przeczytaj którąś z książek Juula. Dziecko jest człowiekiem pełnowartościowym, o czym czasem rodzice zapominają ;) Nie traktują dzieci poważnie, ignorują ich emocje i uczucia, nie wierzą w ich kompetentność.

7. "Bobas lubi wybór"


Dzięki tej książce nie mam niejadków. Moje dzieci jedzą wszystko, nigdy nie robiłam papek ani nie wciskałam im jedzenia łyżeczką. Uważam że to najlepsze, co mogłam zrobić w kwestii ich żywienia. Dziękuję za tą książkę!!!

8. "Ostatnie dziecko lasu" Richard Louv


Chwilami jest trochę nudnawa ;) , ale pokazuje ogromną wartość przyrody w naszym życiu, odpoczynku na świeżym powietrzu, a nawet tego jak pozytywnie rośliny w doniczkach mogą na nas wpłynąć. Wiedzieliście że pacjenci w szpitalu w sali z oknami na park zdrowieją szybciej niż ci, co za oknem mają parking?

9. "I nigdy nie chodziłem do szkoły" Andre Stern


Przeczytałam praktycznie jednym tchem. Niesamowita. O tzw. unschoolingu. Jak potoczyły się losy chłopaka który nie jadł cukierków i nie chodził do szkoły? Czego się nauczył od innych? W książce jest podział na dziedziny i napisane jak się ich uczył - np. uczęszczał na zajęcia tańca, które przerodziły się też w teatr, uczył się rzemiosła od mistrzów, jak wpłynęła na niego zabawa klockami lego? Czytać nauczył się sam, w wieku 8 lat. Teraz ma 5 zawodów i nie pamiętam już ile zna języków.

10. "Wolne dzieci" Peter Gray


Też o szkolnictwie, porównuje różne systemy i przypomina jak ogromnie ważna jest spontaniczna zabawa, niekontrolowana przez dorosłych.

To moja top 10, wpłynęły na mnie najbardziej.

Mój mąż dołożyłby do tej listy "Siłowanki"


O tym, jak ważne są zabawy fizyczne. W środku też wiele pomysłów. Mój prawie trzylatek najbardziej lubi "trąbę słonia" i ""latającego lisa". Takie zabawy to tylko z tatą ;) Myślę że mamom czasami nawet nie przychodzi do głowy jak to jest ważne, szczególnie dla chłopców. No i my zawsze jesteśmy te bardziej ostrożne, z natury spokojniejsze.

piątek, 1 września 2017

Reddish Vale Country Park i farma

Reddish Vale - świetne miejsce, kiedyś byliśmy ze Starszakiem rowerami, dziś wybrałam się z nim i Malutkim autobusem. Dojechaliśmy, przeszliśmy 3 km bez narzekania, z Malutkim w chuście (Starszy ani razu nie był na rękach, więc wycieczka super!) i wróciliśmy znowu autobusem.


Pierwszy przystanek - Farma. Za darmo dla dzieci do lat dwóch, za wejciówkę dla mnie i Starszaka zapłaciliśmy 7 funtów, nie braliśmy wiadereczka z marchewką (okazało się że w ogóle nie miałoby to sensu, bo tej marchewki tyle było narozsypywane, że i tak "za darmo" karmiliśmy zwierzęta). Farma bardzo mała, zwierzęta w zagrodach, wszystko da się obejść w 15 min.



Atrakacja w postaci tzw. soft play za dodatkowe 2 funty, Starszak trochę tam poszalał.


Za to spacer po parku to prawdziwa rewelacja. Naturalny plac zabaw! Piękne miejsce. Nie mam zdjęcia znad zbiornika wodnego, ale tam też fajnie. Samoloty latają nisko, bo blisko do lotniska (kolejna atrakcja dla Starszaka), w dodatku most z ulubionymi pociągami i świetne miejsca w parku, polecam! Na pewno jeszcze tam wrócimy.





Ja tam odpoczęłam i naładowałam rodzicielskie akumulatory, mimo obecności ich dwóch ;)


A tak wracaliśmy:


piątek, 7 kwietnia 2017

E536 - zabójczy antyzbrylacz?

E536 - K4[Fe(CN)6] · 3H2O , żelazocyjanek potasu.

Reaguje z kwasem solnym z wydzieleniem cyjanowodoru.

K4[Fe(CN)6] + 6HCl → 4KCl + FeCl2 + 6HCN

I na tym ten wpis mógłby się skończyć. Co to cyjanowodór i do czego służył w czasie
drugiej wojny światowej (pod nazwą cyklon B), każdy  wie. Gdzie w organiźmie jest
kwas solny - też każdy wie.


W polskiej wikipedii przeczytamy że w Unii Europejskiej może być stosowany jako substancja przeciwdziałająca zbrylaniu soli kuchennej lub jej substytutów w ilości do 20 mg/kg– symbol E536. W USA jego stosowanie jako dodatku do żywności jest zakazane.

Angielska wikipedia mówi o toksyczności tak: Potassium ferrocyanide is nontoxic, and is not decomposed to cyanide in the body. The toxicity in rats is low, with lethal dose (LD50) at 6400 mg/kg.

Ciekawe. No a ten kwas solny w żołądku?

Ja za taką sól podziękuję, a jak mi się zbryli, to sobie roztłukę tłuczkiem do mięsa.


środa, 8 lutego 2017

drugi domowy poród w wodzie / second homebirth waterbirth hypnobirth

For English version scroll down.

To już tydzień po, starszak śpi, mały też (tyle że u mnie na kolanach ;-) ) może uda mi się teraz coś napisać. Wersja angielska już powstała na potrzebę dzielenia się wrażeniami w naszej grupie hypnobirth, wersja polska na pewno będzie dłuższa - w końcu to język serca.

No to w myśl zasady jak poprzednim razem:


To był dobry poród. Jakże mogłoby być inaczej? ;-) Byłam przygotowana, hypnobirthing kurs zrobiony po raz drugi, relaksacja przed snem, czytanie dobrych historii porodowych i dobrych książek (Ina May Gaskin najlepsza!).

Ciąża była dość aktywna (to w poprzednim poście), dlatego myślałam że urodzi się w 38 albo 39 tygodniu.. Tymczasem zaczął się 40 od znajomego bólu okresowego. Właściwie to była noc z niedzieli na poniedziałek, czyli noc tuż przed moim "terminem" (jak ja nie lubię tego określenia, ale jednak...), ale położyłam się i przeszło, zasnęłam. Mąż wychodzący do pracy obudził mnie buziakiem o 5.30 rano i już nie mogłam spać. Znajomy ból wrócił - jak dobrze, to już blisko, chociaż pewnie jeszcze nie dziś.. Zaczęłam się krzątać po kuchni, ogarniać zostawiony bałagan, zrobiłam zaczyn na chleb. Znajomy ból się jakoś pojawiał, hmm. Miałam na 9.00 jechać na przegląd samochodu, o 8.00 zaczęłam się zastanawiać czy budzić Daniela, ale tak słodko spał.. A niech śpi, dojadę tam w 5 min, blisko. O 8.30 doszłam do wniosku że jednak nigdzie nie jadę. Ten ból jakiś intensywniejszy, a może to jednak dziś? O 9.00 dotarło do mnie że to nie ból okresowy, ale skurcze. No to ładnie, myślałam że tym razem rozpoznam je wcześniej ;-) Zadzwoniłam do męża, powiedział że będzie w pół godziny w domu (później mi powiedział że po moim głosie było słychać że to już może być szybko ;-) ). Po 9 te skurcze były już takie, że klęczałam oparta na piłce w czasie skurczu, nie mogłam już stać. I jakoś były często. Zadzwoniłam do Doroty, naszej birth photographer i powiedziałam że może szykować aparat, bo to dziś. Powiedziała że będzie po 13, bo zajmuje się dziećmi. Spoko, przecież to potrwa jeszcze z 5 godzin albo dłużej. Obudził się Daniel i od razu zauważył że coś się dzieje. -Co robisz mamo? -Rodzę twojego brata - odpowiadałam z uśmiechem na ustach i piłką przed nosem. On też się uśmiechał. Dotarł mąż, a mi się zaczęło birthing-zone, już nie byłam w stanie odpowiadać na pytania. Skurcze co 2-3 min? W mig go wyszykował i zabrał do opiekunki (właściwie to opiekunka przyjechała po niego), było koło 10. Mąż zaczął napełniać basen, ja poszłam pod prysznic. Spod prysznica zadzwoniłam do położnych, skurcze co 2 min, trwają coś koło 30s. Pod prysznicem bolało i z ulgą odetchnęłam kiedy basen był gotowy, od razu lepiej. Moja ulubiona pozycja tym razem to klęcząco oparta na brzegu basenu, chyba przez te bolące w ciąży plecy. Ale żadnych bóli krzyżowych nie było, wszystko czułam z przodu. Od 10 mniej więcej w kółko słuchałam moich relaksujących mp3 z hypnobirthing i oddychałam powoli na skurczu, spokojnie. O 11 dotarła położna. Tuż przed (chyba) wreszcie odeszły mi wody, na pewno był show (bla bla czop śluzowy po polsku). Zapytała czy chcę żeby sprawdziła rozwarcie. Niby miałam w birth planie że chcę uniknąć internal examinations if possible, ale pomyślałam że spoko, ciekawa jestem na jakim etapie jesteśmy. Było 7cm. Oho, ta słynna siódemka co to ją ciężko przeskoczyć. No trudno, i tak bliżej niż dalej. Relaksowałam się dalej z moimi mp3, mąż podawał zimną wodę i zimny ręczniczek do twarzy - tylko tego było mi trzeba. Położna sprawdziła moje tętno i serduszko małego (tym małym sprzętem po brzuchu co wygląda jak usg, jak to się nazywało? takie przenośne mini ktg bez podpinania - w sumie nie wiem co to ktg, nigdy nie miałam). Koło 11.50 dotarła moja studentka-położna (fajna dziewczyna, więc się zgodziłam wcześniej żeby była) i kiedy usłyszałam jak wchodzi poczułam że chyba będzie parcie. Juuużżżżż? Co tak szybko? Zapytała czy może posłuchać serduszka małego tym małym sprzętem, a ja spojrzałam na nią jak na wariatkę ( ;-) ) i ... first push. Starałam się nie dodawać nic od siebie ponad to, co samo robi moje ciało. Więc parcie spokojne, bez dodatkowej siły, z wokalizowaniem, ale umiarkowanym ;-) z przerwami, powoli. I tak o 12.03 już był po drugiej stronie ;-) Sama go delikatnie wyjęłam z wody, wszystko powoli. Skóra do skóry. Nie płakał. I nikt z tym nic nie robił. Cudne położne. Był trochę fioletowy. I nikt z tym nic nie robił. Cudne położne. Posiedzieliśmy trochę w basenie. Chyba zaczął pojękiwać, na pewno wydawać jakieś dźwięki. Mierzyły temperaturę mu i mi. Wyszliśmy z wody, zawinęliśmy się w ręczniki i siedzimy sobie na materacu, czekamy na łożysko. Wylazło po 17 min (to wiem z ich zapisków). Nie pamiętam o czym rozmawialiśmy, nie pamiętam czy mąż tulił cały czas. Jak wyszło to zapytały czy tniemy pępowinę. Upewniłam się że na pewno nie pulsuje, była już taka biała, chyba prawie cała krew dziecka wróciła do dziecka. Dobrze. Mąż przeciął. Sprawdziły mnie, trochę się bałam, bo było tak szybko, ale znowu spoko, nic nie popękało. Uff.. Kacper 3,28 kg, urodzony w dzień tego nieszczęsnego tzw. "terminu", równo 40 tydzień; bez dragów, znieczuleń, paracetamolu itd. ;-) Szybko nauczył się jeść mleko od mamy, żadnych problemów. Hypnobirthing polecam. A mąż zrobił przegląd samochodu o 16.00 ;-) Zdjęć porodowych nie mamy, Dorota nie zdążyła, ale dotarła wieczorem.

Pozdrawiamy!


It was my second home water birth, both were nice and calm, but this one was so fast!

I had some period pain evening and night before. I was happy to feel it, as I knew that birth will start soon, but all gone when I went to sleep. Next day my husband had morning shift, from 6am, he gave me a kiss at 5.30am and went out and I couldn't sleep anymore because of period pain again. I went to the kitchen, prepared dough for home made bread, tidied up, ate an apple.. I had a feeling that it's starting slowly. I planned to go for MOT at 9am, at 8am I still though that I'll go, but at 8.30 I decided that I'm not going anywhere. I called my husband around 9 and told him that I have contractions. He said that he'll come in 30 min (later on he told me that he felt it from my voice that it could be soon), Our toddler got up at 9.30 (God bless him that he likes to sleep long ;-) ) started asking me what's going on. I was smiling even during surges and telling him that his brother will come soon. He was smiling too. In few minutes my husband arrived and I wasn't able to answer any more questions from my son. He quickly prepared him and took him to our childminder. I took a shower around 10, Lukas started to fill up the pool. This was the time which I can start calling "labour". I started to count surges and I was surprised that it's already every 2 min, 30s long. Quickly. I called midwives and went to the pool. It was great in the pool, much better than shower. And I could kneeling and squatting inside, that was comfortable. All the time from 10 I started to listen our hypnobirthing mp3. I used to know her voice, as I like to listen it quite often before sleeping, so I asked Lukas to repeat it for me all the time. It wasn't pain-free, but I had more pain under the shower than in the pool. Midwife arrived around 11. She asked me if I would like to be examined. I decided that she can check dilation, because I was curious about the progress. It was 7cm. I went back to the pool, breathing 5-4-3-2-1, listening mp3, trying to relax. There was some pain, but it was ok, under control. My student midwife arrived at 11.45, asked me if she can check baby's heart beat. I remember that I gave her an angry look (something like "are you kidding me?" ;-) ) and then I had the first push. I pushed only when I felt the pressure, I made breaks, I vocalized a bit (something between singing and screaming) and he was born at 12.03! So easy shift for both midwives. ;-) no pain relief, no tears, no stitches. Then skin-to-skin, he was still attached, Lukas cut the cord when placenta was out (it took 20 min). Everything natural and physiological. I'm tired now, but so happy. And Lukas managed to do MOT at 4pm ;-)