niedziela, 21 sierpnia 2016

Oddaj fartucha!

Oddaj fartucha! - Jak to kiedyś powiedział Michael Moran w "MasterChef".

Coś w tym jest. Ja bym dodała - Oddaj fartucha do prania! I nie używaj go poza labem!


O co mi chodzi? O to jak często ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, ile na tym fartuchu wynoszą. I co wynoszą. Dotyczy się to i chemika (nie tylko po labie z organicznej) i biotechnologa (który może sam pracuje na starej dobrej E.coli, ale na czym pracują inni w labie?). Ostatnio rozmawialiśmy o tym z Moniką i Marcinem. U nas w MIB nie ma możliwości wyjść z labu w fartuchu, nigdy nie słyszałam o takim przypadku, a jakby ktoś spróbował to ojojoj ciężka rozmowa by była z Tanią z H&S, możliwe zawieszenie w pracy. To samo w razie pracy w labie bez fartucha. Natomiast jak sobie przypomnę studentów na UW jedzących obiad na stołówce w fartuchu dopiero po wyjściu z labu to ehhh.... Czy tam jest tak do tej pory? Czy ktoś może ludziom uświadomić co oni wynoszą i jedzą, i zrobić jakieś znaki zakazu przy wejściu na stołówkę? Albo w ogóle przy wyjściu z labu! Proszę, pomyślcie o tym przed wyjściem w fartuchu gdziekolwiek.

Z drugiej strony w Anglii gdzie niby wszędzie przypominają o health&safety i robią trening z chodzenia po schodach (!), pielęgniarki nie mają szatni w szpitalu. W ogóle bardzo często na ulicy widzi się pracowników służby zdrowia w fartuchach. Tego nie mogę zrozumieć. Oni i wynoszą i przynoszą do szpitala - to może podziałać w dwie strony. Czemu jakoś o tym nie pomyślą?

piątek, 22 lipca 2016

Zwierzenia nocą

Wpis dedykowany Patrycji.
Dzięki za maila, przyszedł jakby z przyszłości ;)

Nie ma to jak wena na pisanie o 00.30 w nocy. Jesteśmy w Polsce, krótki tygodniowy urlop, w zasadzie to przyjechaliśmy na wesele naszego drużby. Ale nie o tym. Raczej o rzyganiu. Rzygam sobie rano od jakiegoś już czasu, chociaż ostatnie 3 dni były spokojne. Na co to wskazuje? Chyba nie trudno się domyśleć, bynajmniej nie jest związane z alkoholowymi popijawami. Nie mówiłam jeszcze w pracy, trochę się boję. Mniej więcej 12 tydzień. Jak wrócimy z urlopu to za dwa dni będzie usg, będę wiedziała konkretniej. No i ile ich tam siedzi, jak to się śmieje mój znajomy (choć nie sądzę że więcej niż jeden). W pracy wygadałam się tylko Nicky, która pomogła mi sporo przez ostatni czas (nasza pierwsza mała publikacja już u recenzentów), ale nie jest też konkretnie z MIB, tylko Sheffield. Ciężko trzymać tajemnicę, kiedy rano niedobrze, notorycznie się spóźniam (bo rzygam sobie, a co!) i nikomu nie mogę się pożalić. Nie chciałam, trochę głupio się czuję - druga ciąża na tym samym doktoracie. Niby byliśmy z mężem "otwarci", no i jesteśmy praktykującymi katolami, ale jakoś nie sądziłam że to przyjdzie tak szybko. Niby szybko i niby nie, Daniel ma już 20 miesięcy, więc różnica będzie ponad dwa lata - fajna różnica, bo będą się razem bawić, ale jakoś dopiero teraz powoli to do mnie dociera. Brzuch już troszkę jest (wcześniej był dopiero koło 20 tyg.!), ale jeszcze da się udawać że to nieciążowy. Pierwsze dwa spotkania z położną też były, wszystko ok, znowu nastawiam się na homebirth. Niestety moje ukochane położne z One to One już nie działają w Manchesterze, nie dostały jakiejś umowy z NHS, nie wiem czemu. Ta z kolei tak bardzo rodzenia w domu nie wspiera, bo mi zachwala birthcentre, powiedziała że wanna do rodzenia nie za bardzo i nie wiedziała o co chodzi z hypnobirthing. Mam nadzieję że do domu przyjedzie ktoś inny..

Wracając do uczelni - chcę wziąć co najmniej 9 miesięcy urlopu i pracować do 38 tyg., jak poprzednio. Tamtym razem miałam tylko 3 miesiące (kategorycznie za mało dla dziecka!), co prawda potem flexible-hours, no i mąż z nim był przez pół roku, ale tym razem chcę sporo więcej. Prawdopodobnie będzie bezpłatnie (jak poprzednio), bo pieniądze z grantu unijnego, ale teraz mąż będzie dbał o rodzinę. Może dostanę Maternity allowance, to jest jakieś 100 funtów tygodniowo, nie za dużo, ale lepsze niż nic. Tamtym razem za krótko pracowałam żeby się załapać. Ale kasa mnie tak nie martwi, jak czas. Mam podwójną umowę - jako pracownik i jako student. Pracownik - spoko, ale jako student właśnie zmieniamy wydziały i przechodzimy z Faculty of Life Sciences do Chemistry, a doszły mnie słuchy że w Chemistry można przerwać doktorat maksymalnie na 2 miesiące... W FLS macierzyński możliwy był do roku. Nie wiem, mam nadzieję że to nieprawda. Ogólnie mało tu doktorantek z dziećmi/w ciąży, bo po pierwsze zazwyczaj są młodsze (w UK PhD robi się po bachelorze), po drugie mało kto myśli/chce mieć dziecko przed 30 (jeszcze mi został rok do tej magicznej liczby). Nie wiem jak to przyjmie moje szefostwo, myślę że z tą pracą moją tak im się nie spieszy. Pierwsza publikacja niedługo ujrzy światło dzienne, drugą chciałabym skończyć do końca tego roku i trzecia byłaby już po powrocie. Jeszcze może czwarta z kinetyki jeśli się uda. Teraz High Pressure NMR i relaksacja, RDC. Mam jeszcze zrobić placement w Szwecji, nie wiem co z tego wyjdzie, ale może się ogarnie przez Skype. Nie wiem też czy czekać do 20 tyg. i zanieść wtedy wszystkie papiery, czy powiedzieć promotorowi wcześniej.. Chyba powiem trochę wcześniej, dam znać tutaj jak poszło i jaka była reakcja. Trzymajcie kciuki, albo się módlcie, albo pomyślcie o mnie pozytywnie żeby wszystko przeszło gładko, żebym zdążyła z drugą publikacją i żebym dostała te 9 miesięcy bez problemu..

Tymczasem starszak rozwija się znakomicie, dużo mówi i łączy wyrazy (typu: "mama idzie", "tata kicha", "samolot leci"), rozpoznaje zwierzęta, czyta samogłoski i jest niesamowity ;) Przynajmniej teraz mogę się cieszyć czasem 24h/dobę razem, a on cieszy się też obecnością innych członków rodziny. Zaczynam myśleć o tym że traci mając ich daleko.. Z drugiej strony jedna z cioć dzisiaj chciała mu zabrać długopis, bo niebezpieczny, a przecież on już je widelcem, to co tu z tym długopisem.. ;) No i ciągle dostaje słodycze. Więc też myślę że może jednak dobrze nie mieć ich na co dzień ;) Takie różne plusy i minusy, prawda? Do napisania niebawem.

środa, 6 lipca 2016

Kuchenne rozwiązanie dla pracujących rodziców

Pisałam już raz o naszych kuchennych gadżetach, tu.  Niedawno doszedł nam do kolekcji jeszcze jeden, bardzo ułatwiający życie (a dokładniej ciepły obiad zaraz po pracy).

Jak to zrobić żeby ciepły obiad czekał w domu, kiedy oboje pracujecie?
Rozwiązaniem jest slow cooker, czyli wolnowar.

My mamy dokładnie ten:

zdjęcie z www.morphyrichards.co.uk
Niesamowicie dobry gadżet! Wkładasz sobie wszystko do gara rano, nastawiasz na low, i po 8-9h obiad jest gotowy, pyszny i ciepły! Super robi się w nim wszystkie "twarde" mięsa, które wymagają dłuższego gotowania, wczoraj jedliśmy wołowinę, była pyszna i mięciutka.

Nie jest to drogie urządzenie! Za nasz daliśmy £27, ale można je znaleźć taniej. Ten ma pojemność 3,5 litra, to są takie dobre 4 porcje. Albo 6, doliczając małą porcję dla półtorarocznego dziecka x2. Mamy 3 ustawienia temperatury, co umożliwia zrobienie tej samej potrawy w 2,5-3,5/3,5-5,5/5,5-7,5 godziny (teoretycznie, narazie wypróbowaliśmy tylko opcję low, czyli najdłuższą).

Co w tym można robić?
Oczywiście gulasze, ale też pieczenie, zupy, chilli con carne, curry, widziałam też przepisy na owocowe kompoty, rice pudding, gruszki w winie ;) Wszystko to, co może się gotować/dusić długo. Jest super do mięs. Ciągnie mało prądu, nie trzeba tłuszczu. Minus jest taki, że długo gotowane warzywa tracą witaminy, więc tu warto zrobić sobie obiad w wolnowarze, ale dodatkowo uzupełnić go np. świeżą sałatką. 

Polecam!

Nie jest to wpis sponsorowany.

wtorek, 31 maja 2016

Nasze zielone miejsce

Znaleźliśmy nasze zielone miejsce!
I to całkiem niedaleko, 15-20 min rowerem.
Prawdziwy las, sadzawka, drzewa, ptaki śpiewają.


Highfield Country Park. Na mapie są ścieżki rowerowe, o tym też zaraz.
A tak pięknie tam jest:



Odkryliśmy znaczenie zielonych i niebieskich ścieżek rowerowych. Zielone to te rzeczywiście prowadzące przez tereny zielone (parki, łąki, nieużytki), a niebieskie to wyjazd na ulicę i ścieżka na poboczu albo wydzielone miejsce na chodniku.


Tych zielonych jest całkiem sporo i niektóre na prawdę łączą duże odległości, jest gdzie pojeździć. Teraz co weekend będziemy odkrywać nowe miejsca.
A wracając do przyrody, w ogródku i w doniczkach też zaczyna się budzić, choć jeszcze muszę cierpliwie poczekać zanim wszystko zakwitnie.


Na koniec tak nam pięknie ptaki śpiewały w tym lesie - to jest autentyczne nagranie które zrobiłam telefonem!:

czwartek, 26 maja 2016

Dwujęzyczność - nasze tłumaczone książeczki

Dalej w temacie dwujęzyczności.
Z reguły za granicą brakuje polskich książeczek ;) Nie ma problemu! Wystarczy przetłumaczyć z innego języka. My tłumaczymy różnie - albo dosłownie; albo niedosłownie, ale do rymu; albo w ogóle całkiem inaczej.

Tu przykład tłumaczonej do rymu:






A tutaj ta przetłumaczona inaczej. Właściwie to nawet nie przetłumaczona ;) Po prostu znalazłam w internecie wierszyki które pasują do obrazków z angielskimi piosenkami. Tłumaczenie tych piosenek nie miałoby sensu, no nie?




piątek, 20 maja 2016

Eksperymet półtoraroczniaka

Tak! Już półtoraroczniaki mogą się pobawić w naukę! ;)
Tak na prawdę to ciągle się bawią i uczą, poznają świat.
Ale mam dzisiaj do zaproponowania bardzo prosty "eksperyment", który można zrobić z małym dzieckiem np. w deszczowy dzień.

Pomysł stąd: http://karolowamama.blogspot.com/2016/04/eksperyment-dwulatka.html

Potrzebne tabletki musujące i zabarwiona woda.
U nas herbatka owocowa i barwnik niebieski ze spiruliny (o dziwo naturalny!) w różnych stężeniach.
Chciałam żeby to było coś niegroźnego, w razie gdyby maluch chciał spróbować ;)


Eksperyment bardzo prosty, wrzucamy tabletki i patrzymy na piękną pianę ;) Potem wariacje na temat rozlewania i przelewania. A półtoraroczniak miał super zabawę!

niedziela, 15 maja 2016

Stoke-on-trent cz.2 - czyli gdzie nie jechać jeśli wasze dziecko jest odkrywcą. I o tym gdzie szukać natury w Manchesterze.

Moje dziecko jest odkrywcą. He's exploring, it's nothing wrong with that - jak usłyszałam za moimi plecami. Podnosi kamienie, zrywa listki, chodzi po gałęziach. Zwykle wybiera trudniejszą drogę - nie po wydeptanej ścieżce, ale obok. Niesamowicie cieszy mnie kiedy mogę oglądać, jak on się uczy, jak poznaje. Dzisiaj wrzucał kamyczki do wody. Przez dłuższy czas, podobało mu się to zajęcie. Co mógł myśleć ten mały umysł? Może tworzył wzór na szybkość spadania kamyczka w zależności od siły nacisku ;) Żartuję, nie mam ochoty wychowywać Einsteina, ale chcę żeby rozwijał się swoim tempem, uczył się przyrody po swojemu. Trochę jestem pod wpływem książki "Ostatnie dziecko lasu", której jeszcze nie przeczytałam do końca, a mimo to już dała mi do myślenia ;)


Książka pokazuje wielką wartość przyrody w rozwoju człowieka. Pokazuje przyrodę jako inspirację, chwilę wytchnienia, ucieczkę. Sama będąc dzieckiem miałam duże doświadczenie przyrody. Spacery z rodzicami do lasu, na grzyby, jagody, były prawie co tydzień. Gdzieś w wieku gimnazjalnym w wakacje wstawałam o 6.00 i biegłam w pola. Jakoś dawało mi to radość i nigdy przez myśl mi nie przeszło, że mogłoby mi się coś tam złego stać. Teraz wielu rodziców tak bardzo czuwa nad swoimi dziećmi. Oczywiście - jest niebezpiecznie, ale taka "przyzwoita" swoboda też jest potrzebna. Na placu zabaw są różni rodzice i różne dzieci. Niektóre wciąż prowadzone za rączkę, chociaż mogłyby same. Słowo "careful" słychać wciąż. Ostatnio spotkałam mamę ze starszym dzieckiem, ciągle za nim biegała i mu pomagała, chociaż nie wyglądało na potrzebujące tej pomocy. Zaczęłyśmy rozmawiać, powiedziała że jest trochę opóźniony, ma 6 lat. Odjechali z placu wózkiem.... Wózkiem, sześciolatek? On normalnie biegał, huśtał się, zjeżdżał ze ślizgawki. Nawet jeżeli jest "opóźniony" to jednak czyż ten wózek nie opóźnia go jeszcze bardziej?...

Więc moje dziecko jest odkrywcą.
Pojechaliśmy do tego małpiego parku na rowerach (tzn. rowerami-pociągiem-i rowerami). Była piękna pogoda, taka, co rzadko w Anglii się zdarza. Cudowny dzień, wspaniała wycieczka nad kanałem. Bardzo fajnie się jechało. Po wejściu do parku najpierw zahaczyliśmy o plac zabaw, a potem już udaliśmy się do tej części gdzie mieszkają małpy. Nie wolno wnosić tam jedzenia, nie wolno zbliżać się do małp, odległość ma być min. 1 metr - wszystko zrozumiałe. W parku jest wyznaczona ścieżka, odgrodzona małym płotkiem drewnianym. To była pierwsza trudność. Oczywiście dziecko chciało ciągle wchodzić za płotek. Pracownicy parku w żółtych koszulkach ustawieni wzdłuż ścieżki co chwilę, upominali że nie wolno. Większość wycieczki polegała na tłumaczeniu że to nie jest prawdziwy las, trzeba się trzymać ścieżki żeby nie wystraszyć małp..


Właściwie to powinnam się domyśleć że to tak będzie wyglądało i darowalibyśmy sobie tą wycieczkę na tym etapie. Starszemu obserwatorowi może widok małp z odległości by wystarczył, ale nie małemu odkrywcy..


Małpy zobaczyliśmy, ale długo tam nie zostaliśmy. W drodze powrotnej zahaczyliśmy nielegalnie o kawałek prawdziwego lasu.


Dlaczego nielegalnie? Bo ogrodzony, ale ogrodzenie stare, sypiące się. W ogóle dochodzę do wniosku że nie tak łatwo tu znaleźć kawałek polany czy lasu który nie byłby ogrodzony.. Ale może się mylę, oby. Pojedziemy niebawem pochodzić w okolicach Greenfields, ichniejsze hills, tam będzie trochę naturalnej przyrody. I gdzie szukać tej natury w Manchesterze? Parki są fajne, niektóre duże (np. Heaton Park, fajny, ze zwierzakami, ale bywa też zatłoczony i głośny), fajne miejsca są nad kanałem. Jeszcze odkrywamy, jeszcze szukamy tego swojego miejsca wytchnienia, ale trafiliśmy przypadkiem na ciekawe zjawisko. W środku miasta, zaraz za centrum handlowym, jest coś co z góry (wg google) wygląda tak:


Na tym terenie są ogródki działkowe, ale zaraz zaraz. Nie takie jak znam z Polski, ludzie tam mają... konie, świnie, kury, lamy(!)... Niesamowicie nas to zaskoczyło.


I to wcale niedrogo kosztuje! Ok. 1 funta od metra kwadratowego na rok!!! Trzeba tylko rzeczywiście się miejscem zajmować, inaczej może zostać odebrane. Chyba i my w przyszłym roku staniemy się częścią tej Allotment society. :-)

piątek, 13 maja 2016

Dwujęzyczność - po raz pierwszy (18 miesięcy)

Dwujęzyczność po raz pierwszy, bo pewnie nie jeden post w temacie pojawi się na blogu.
Czy chcę żeby mój syn mówił i czytał po polsku? Oczywiście! A jak o to zadbać będąc w Anglii?

Od jakiegoś czasu interesuję się tematem. Bardzo motywujące miejsca w internecie to:
http://www.multilingualliving.com/ - tu poczytacie czy warto i dlaczego
http://ourbabelschool.blogspot.com/ - Polka w Tajwanie, z mężem nie-Polakiem i 3 dzieci, edukacja domowa
http://dziecidwujezyczne.blogspot.com/ - Polka we Francji z mężem Francuzem i 4 dzieci
http://dwujezycznosc.blogspot.com/ - Polska rodzina w Niemczech

Na tym ostatnim blogu, u Elżbiety, przeczytałam że Daniel jest już w wieku kiedy warto pokazywać i nazywać literki. Po prostu mówić że A jest A. Wplatać literki w zabawę. Od jakiegoś czasu bawimy się i kąpiemy z piankowymi literkami, ale chyba za dużo ich było na raz i za bardzo różnorakie. Teraz postanowiłam się skupić na samych samogłoskach, kiedy będzie je już odróżniał, dodam po trochu inne litery. Więc w wannie samogłoski:


Nie wiem gdzie zapodziało się U, będę go jeszcze szukać ;)

Poza tym zrobiłam literki na kartonach i zalaminowałam, żeby były trwalsze:


Daniel też zaczął się interesować książeczkami i wierszykami w takim sensie, że siada i czeka aż mu przeczytam, a nie tylko przewraca kartki albo chce zjeść książkę ;) To duża zmiana i bardzo przyjemna dla mnie. W końcu ma już półtora roku! Wydrukowałam i zalaminowałam (na prawdę ten laminator to świetne urządzenie ;) wierszyki z książeczki dostępnej za darmo w pdf, o tu. Wierszyki są fajne, polecam zajrzeć.

Mamy dwa w kuchni:



Jeden do kąpieli w łazience:


I jeden pałętający się z zabawkami:


Na pewno będę jeszcze z tej książeczki drukować. Poza tym zamówiłam muchę Fefe, więc recenzja niebawem.

A jutro wycieczka do małpiego parku, recenzja też będzie ;)

poniedziałek, 2 maja 2016

Co robić w Anglii w deszczowy dzień? Stoke-on-trent cz.1 (Water world)

Co robić w Anglii w deszczowy dzień?
Weekend majowy z bank holiday zapowiadał się mokro, więc wzięłam się za poszukiwanie miejsca, gdzie będziemy mogli fajnie spędzić czas mimo deszczu. Zdecydowałam się na aqua park. Dość niedaleko nas (1.5h pociągiem) jest Stoke-on-trent, a tam Water World. Zdjęcia z internetu były zachęcające:

photos from waterworld.co.uk

Ogólnie było fajne. Mały bardzo się cieszył, chociaż większość atrakcji to jeszcze nie na jego wiek (myślę że tak od 8 lat miejsce super). Bilety kupiliśmy przez internet (świetna sprawa, jest oddzielna kasa ekspresowa, co zaoszczędziło nam stania w dość długiej kolejce), dla 3 osób, ale za malca dostaliśmy zwrot w gotówce i darmową wejściówkę. Standard średniego basenu. Nie jest super czysto, ale ok. Przy szafkach z przodu były tłumy, ale odkryliśmy że przechodząc szatnię dalej są kolejne szafki, zielone i tam już były pustki (myślę że większość osób nie wiedziało o ich istnieniu, stąd te tłumy na początku szatni). Atrakcje z jakich mógł skorzystać półtoraroczniak to basen, 4 zjeżdżalnie ze schodkami na które wchodził sam, długa zjeżdżalnia gdzie jechał razem z tatą (to zdjęcie u góry po lewej, dzieci poniżej 90cm wzrostu mogą zjeżdżać między nogami dorosłego, wyższe mogą same), jacuzzi razem z mamą. Miał też podejście do zjeżdżalni rury, ale w końcu się nie zdecydował.
waterworld.co.uk
waterworld.co.uk

Było dużo śmiechu i radości, tata korzystał z tych dużych rur zjeżdżalni. W środku niby można kupić jedzenie, ale jakieś same okropne fast-foody, nie zdecydowaliśmy się i poszliśmy na obiad do centrum. Ogólnie miejsce fajne, ale bardzo głośne, no i spore kolejki do atrakcji w środku, ale cóż, wiedzieliśmy że tak będzie, w końcu długi weekend.

Samo miasto i okolice Stoke-on-trent są bardzo ciekawe i dużo tam atrakcji, dlatego na pewno jeszcze wrócimy.

O wycieczce:
Przyjechaliśmy pociągiem i trafiliśmy na dość dobrą pogodę (tzn. nie padało ;)), więc postanowiliśmy najpierw zrobić dłuższy spacer. Ze stacji przeszliśmy się do Water World pieszo, nad kanałem. Bardzo ładne miejsce na spacer. (Z punktu A/D do B, ok. 45 min piechotą wolnym tempem).




Potem poszliśmy do centrum, tam trochę się pokręciliśmy i w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Hanley Park (C). Piękny park i dużo atrakcji! Jest nowy plac zabaw z eksponatami znanymi mi z Parku Odkrywców w CNK, grające rurki i klawisze po których się skacze, iluzje optyczne, różne lustra, trampolina, koło chomika, karuzele..

photo from visitstoke.co.uk

Kawałeczek dalej kolejny plac zabaw.


Sam park duży i piękny, nie mieliśmy czasu zobaczyć wszystkiego, ale na pewno wrócimy w te okolice, bo czeka nas jeszcze:

1. http://www.monkey-forest.com/ - park gdzie jest 140 małp "na wolności" :-)
2. http://www.peakwildlifepark.co.uk/ - kolejny park ze zwierzętami, które chodzą sobie "na wolności" (np. lemury, pingwiny, żółwie)
3. Ogrody http://www.trentham.co.uk/trentham-gardens

cdn... :-)

niedziela, 24 kwietnia 2016

Lokalne farmy (Cockfields i Lancaster)

Kontynuując wpisy podróżnicze dzisiaj lokalne farmy.
Byliśmy na dwóch - Lancaster Park & Animal Farm i Cockfields Farm.
Zacznę od tej drugiej.


Cockfields farm.


Za wejście £5.95, za darmo tylko do 1 roku, więc za Daniela już zapłaciliśmy jak za nas. Trochę drogo, bo farma mała. Daliśmy też £1.20 za pokarm dla zwierząt, taki sprasowany zawinięty w papier. Strona internetowa niby ładnie się prezentuje, chociaż właściwie nie ma zdjęć. Sama farma trochę mnie rozczarowała wielkością, może dlatego że wcześniej byliśmy na ogromnej farmie w Lancaster i też spodziewałam się długiego spaceru, którego nie było, ale półtoraroczniak szczerze mówiąc dobrze się bawił.


W zasadzie są trzy budynki (no 4, ale w czwartym są tylko ławki gdzie można zjeść albo wynająć go na przyjęcie urodzinowe). W pierwszym budynku była krowa, świnki, 2 renifery, 2 lamy, kozy i kaczki. Oprócz tego plastikowe samochodziki i traktorki dla dzieci (to półtoraroczniak bardzo lubi), dwa takie większe gokarty dla starszych, dmuchana zjeżdżalnia, samochodziki bujaki na 50p i koparki do przesypywania trocin-wiór na 50p.




Przy wyjściu z tego budynku jest krowa, którą można doić i daje .. wodę ;)




W każdym razie dobry eksponat żeby wytłumaczyć dziecku skąd bierze się mleko. Nasz półtoraroczniak jeszcze za mały na takie tłumaczenie, narazie dobrze wie skąd się bierze mleko .. mamy ;)


Dalej jest plac zabaw i fajna duża trampolina, próbowaliśmy ją wszyscy.






Na zdjęciu widać jeszcze biały namiot, gdzie można urządzić urodziny.


Jeszcze dalej jest miejsce gdzie można szukać robaczków/ślimaczków itd. Są tabliczki informacyjne o tym kogo tam szukać i można próbować. Myślę że to bardziej dla takich 3-latków, ale nasz maluch też tam buszował. Podobały mu się rury i opony w które można wejść.




Kolejny budynek to miejsce gdzie były króliki, świnki morskie, owieczki, kury i kaczki. Królika można wyjąć i pogłaskać w obecności pracownika farmy.






Jest jeszcze sadzawka widoczna zza płotu-siatki, pływały tam kaszki, gęsi i nasze kochane bernikle. Akurat trafiliśmy na czas "karmienia", które polegało na tym, że pracownik farmy przyniósł kawałki chleba tostowego i dzieci mogły go wrzucać przez płot ptakom. Nie jestem pewna czy to zdrowe dla ptaków, ale dzieci miały frajdę. Daniel oczywiście nie omieszkał sam spróbować tego chleba.


Ostatni budynek to ten sam do którego wchodzi się na początku żeby zapłacić za bilety.  Jest tam kawiarnia (można też zjeść English breakfast albo panini), spory sklep z zabawkami-zwierzętami, dużo akwariów z różnymi rybkami i koralowcami (wszystko na sprzedaż), żółwie, kilka węży, jaszczurka.  Trochę rozczarowuje to że na stronie dumnie piszą "reptiles", a jest zaledwie kilka terrariów, ale cóż..


Na krótki wypad na farma jest ok. My spędziliśmy tam ok. 2 h (łącznie z jedzeniem, toaletą i kawą - samo to chyba ze 40 min) i spotkaliśmy się na miejscu ze znajomymi. Myślę że to taki wystarczający czas na to miejsce z zaliczeniem wszystkich atrakcji w wolnym tempie.



Lancaster Park & Animal Farm


Ogromna farma, zwłaszcza w porównaniu do poprzedniej.  Sam spacer zajął nam jakieś 1-1.5 h, a złapał nas deszcz, więc przyspieszaliśmy. Wejście od dorosłego £3.5, dzieci £4, poniżej roku za darmo. Myślę że tam mając swój prowiant na piknik można spokojnie spędzić 4h i dłużej.




Dlaczego piszę o swoim prowiancie ? Bo niestety nie ma kawiarenki, tylko jakieś chipsy, batoniki, lody. Chyba hot-dogi i kawa z automatu też była. Ale za to świetne miejsce na spacer i dużo zwierząt. Strona internetowa w odróżnieniu od poprzedniej farmy lepiej zrobiona, są zdjęcia i opisy, więc zapraszam tam: http://lancasterpark.co.uk Byliśmy tam już jakiś czas temu, więc wszystkiego nie pamiętam tak na świeżo, ale było co robić. Jedzonko do karmienia zwierząt też można kupić, w wiadereczku, chleb tostowy dla ptaków i marchewki dla tych większych ssaków ;) Pamiętam że krowy nieźle je wcinały ;) Jest duży obszar - co widać na mapie, też są huśtawki, ślizgawki, koparki, samochodzik, przejażdżka takim "pociągiem" podpiętym pod traktor - dla starszych dzieci.




Tą farmę polecam na dłuższy wypad, szczególnie jak będzie pogoda, bo można fajnie pospacerować.